Kolorowa druga strona albumu

We Francji i Belgii, podobnie jak w USA komiks jest dobrem narodowym i formą sztuki, z którą obcuje się od dzieciństwa. Francuzi tworzą genialne komiksy. Tacy autorzy jak Bilal, Moebius, czy Marjane Satrapi. Serie jak „Tintin”, „Asterix”, „Thorgal” czy „Blacksad”, to tylko mały fragment tego co pochodzi z tej części Europy. Wśród artystów zajmujących się francuskim komiksem znajduje się szczecinianka Zuzanna Zielińska. Pracuje jako kolorystka. Ma na koncie blisko 60 tytułów.

Spotkałyśmy się w Szczecinie, do którego wróciła kilka lat temu. Przy francuskim śniadaniu opowiedziała mi jak to się wszystko zaczęło.

Kiedy wyjechałaś kilkanaście lat temu ze Szczecina to Francja była Twoim wymarzonym celem?

Przed Francją była Irlandia, do której wyjechałam, jak wówczas wielu z nas – w celach zarobkowych. To było niedługo po tym jak Wielka Brytania i Irlandia otworzyły granice dla pracowników z zewnątrz. Zanim się spakowałam, pracowałam w Kanie za barem. Nie miałam wtedy pomysłu na siebie. Zaczęłam jedne studia, które rzuciłam po miesiącu. Później były drugie. Na architekturze krajobrazu spodobał mi się rysunek. I tak to mniej więcej wyglądało. W Irlandii, a dokładnie w Dublinie, w bardzo krótkim czasie znalazłam pracę.

Pracowałam za barem w dyskotece i po kilku miesiącach stwierdziłam, że nadeszła idealna pora by spełnić marzenie i postudiować w obcym języku. Do kierunku studiów podeszłam pragmatycznie. Połączyłam pasję jaką jest kino z czymś, co przychodziło mi łatwo, czyli z rysowaniem. I tak dostałam się na animację. Co ciekawe nigdy wcześniej tym się nie interesowałam, niespecjalnie oglądałam tego rodzaju filmy, ale robienie ich sprawiało mi ogromną frajdę. Miałam super profesorów, bardzo dużo zajęć z rysunku i malarstwa. Poznałam też mnóstwo świetnych ludzi. To był wspaniały okres w moim życiu. A potem pojechałam do Francji.

 

Co Ciebie do tego skłoniło?

We Francji mieszkała już od kilku lat moja siostra. Pojechałam do niej w odwiedziny, ale też, żeby w wakacje popracować. Trafiłam na ekologiczną farmę i pracowałam tam przy zbiorze truskawek, ziemniaków, przy odchwaszczaniu pora (śmiech). Francja bardzo mi się spodobała, do tego stopnia, że postanowiłam, iż do niej wrócę na stałe po zakończeniu studiów.

Łatwo było? Znałaś francuski?

We Francji praktycznie zaczynałam od zera. Nie znałam języka, a Francuzi niespecjalnie chcą mówić po angielsku, więc nie było to proste. Poza tym szukałam pracy, którą mogłabym wykonywać głównie w domu. To był 2009 rok, więc praca zdalna nie była czymś powszechnym i normalnym. I pewnego razu, na imprezie, podchodzi do mnie kolega i pyta: Ty zajmujesz się animacją, prawda? Ja na to, że tak. Po czym zaczyna opowiadać, że jego kumpel Bruno szuka kogoś do współpracy, że chętnie podszkoli kogoś do pracy przy komiksach. Odezwałam się zatem do Bruna, wysłałam portfolio i tak trafiłam do Marsylii. Wiedziałam tylko, że chodzi o kolorowanie komiksów. Wyobrażałam sobie, że będą pędzle, farby… po czym, kiedy weszłam do jego, zobaczyłam dwa komputery (śmiech). Bruno pokazał mi programy komputerowe i zaczęła się nauka. Trwało to z 5 miesięcy. Jeździłam do niego, ale też pracowałam z domu, łącząc się z nim na Skype. Na początku jedną stronę komiksu robiłam w tydzień, kiedy, żeby było to rentowne, robiło się w jeden dzień. No ale dopiero zaczynałam. Chyba byłam niezła, bo na końcu szkolenia weszłam na taki poziom jak mój nauczyciel, co ponoć było rzadkością. I tak to się zaczęło.

 

I tak trafiłaś do świata komiksów.

Z komiksami amatorsko miałam już do czynienia dużo wcześniej. W liceum rysowałam komiks o kolegach i koleżankach z klasy i nauczycielach z LO 9 - nazywał się „Torbiele” - było parę odcinków (śmiech). Natomiast to właściwie Bruno wprowadził mnie w ten świat. Sam już pracował przy tworzeniu komiksów 10 lat. Wszystkiego mnie nauczył. Wiele komiksów zrobiliśmy wspólnie jako dwoje kolorystów, ale też dostawałam indywidualne. Tak było np. z komiksem „Versailles” dla Glenat, jednego z trzech największych paryskich wydawnictw. Dobrze nam się współpracowało. Wygląda to mniej więcej tak: rysownik dostaje scenariusz, zlecenie i mówi: „Dobra, to bym chciał tą kolorystkę, bo nam się świetnie pracuje. Ona wie o chodzi, zna moją kreskę”.

Na co dzień nie jestem na stałe związana z żadnym wydawnictwem. Dla Glenat robię sporo rzeczy ale najczęściej współpracuję z Les Editions Du Signe, niszowym wydawnictwem ze Strasburga. Robiłam dla nich komiksy, ale też osobne projekty z poznanymi przez nich rysownikami czy scenarzystami.

Czy któryś z tych projektów szczególnie lubisz? Masz swoich ulubionych współpracowników?

Takim przykładem jest western „Sentier de la Guerre”, czyli Ścieżka Wojny. Bardzo ciekawa jest tutaj sama historia. Jest to opowieść o malarce, która dołącza do plemienia Indian, żeby ich rysować i malować. Przy tym tytule współpracowałam z rysownikiem Didier’em Pagot, którego szczegółowość rysunków bardzo cenię. Drugą taką osobą, z którą często współpracuję, rysownik Jean-Marie Cuzin. Niesamowita osobowość. Jeśli chodzi o komiksy jest kompletnym samoukiem. Do tego jest staromodny. Nie wiem, czy udało mu się już przejść z rysowania myszką na rysownie ołówkiem na tablecie. Całkiem możliwe, że nie. Jest świetnym akwarelistą, podróżnikiem. Pisze książki przygodowo-podróżnicze. Kolejną taką postacią jest, wspomniany wcześniej, mój mentor – Bruno Pradelle. Między innymi stworzył znakomity komiks pt. „Sans Pitie”, który rozgrywa się w latach 90-tych w Marsylii i osadzony jest w klimacie imprez rave’owych.

Komiks to także kultura: festiwale, konwenty, nagrody. Wśród autorów komiksów są też gwiazdy.

Koloryści nie bywają gwiazdami, nie jesteśmy tak traktowani (śmiech). Zazwyczaj nasze nazwisko jest umieszczane dopiero na drugiej stronie albumu. Zresztą ja niespecjalnie bywam na komiksowych imprezach. Muszę się przyznać, że nawet nie byłam na najważniejszej tego typu imprezie w Europie, czyli na Międzynarodowym Festiwalu Komiksu w Angoulême. Wolałam siedzieć na swojej pięknej prowansalskiej wiosce przy komputerze. Nie brakowało mi aż tak wielkomiejskiego życia, mimo iż do Marsylii było naprawdę blisko. Brakowało mi tylko spontanicznych wyjść do kina i do teatru.

Pochodzisz z artystycznej rodziny, Twoi rodzice to znakomici malarze: Janina Laxness i Wojciech Zieliński. Twój wujek, Jerzy Zieliński – świetny operator filmowy. Twoja siostra tworzy we Francji muzykę. Nie czułaś się nigdy, że jesteś po prostu na to skazana?

Nigdy tak się nie czułam, raczej chciałam pójść do Liceum Plastycznego, co zostało mi zabronione. Mój ojciec uczył wtedy w „plastyku”, więc stwierdził, że zrobi tak, bym się do tej szkoły nie dostała (śmiech). Rodzice nie chcieli bym była malarką z przyczyn czysto prozaicznych i praktycznych. No to zainteresowałam się teatrem i tak trafiłam do Teatru Nie Ma, który powstawał wtedy w moim liceum a teraz jest bardzo znaną grupą teatralną, z czego jestem dumna. Mimo tych zdarzeń, moje kroki powoli zmierzały w stronę sztuki wizualnej i będąc na studiach w Dublinie zorientowałam się, że jednak chcę malować. Nie ma innej drogi.

Jak Twoi rodzice zareagowali, kiedy dowiedzieli się, że zajęłaś się komiksem?

Byli zachwyceni. Cieszyli się, że nie wybrałam malarstwa, z którego trudno się utrzymać.

Jednak marzeń o malarstwie nie porzuciłaś. Po powrocie do Szczecina trafiłaś na Akademię Sztuki.

Czuję trochę ciężar, bo znam malarstwo ojca i matki, i jest to bardzo wysoko postawiona poprzeczka. Potrzebowałam potwierdzenia z zewnątrz, że może fajnie jakbym malowała. Z Akademią było naprawdę tak, że chciałam na niej zrobić magistra z animacji, czyli uzupełnić studia irlandzkie. Kiedy przyszły papiery z Dublina, okazało się, że brakuje w nich dyplomu licencjackiego. Na Wyspach, to co uważamy za licencjat jest dyplomem technicznym, więc zupełnie nie pokrywało się z polskim systemem nauczania. Żeby jednak nie czekać, poszłam na trzeci rok licencjatu i go ukończyłam. Zrobiłam dyplom w cztery miesiące, na który składały się obrazy i film. Na Akademii poznałam wielu super ludzi, niekoniecznie też w moim wieku (śmiech) i trochę się ośmieliłam z moim malowaniem.

Tęsknisz za Francją?

Tak, bardzo brakuje mi słońca (śmiech). Zima w Polsce jest za długa. W Szczecinie poznałam wielu fajnych ludzi na studiach, poodnawiałam stare kontakty. Jestem aktualnie rozdarta, bo z jednej strony tęsknię za Francją, a z drugiej – tutaj mam swoich ludzi. Być może podzielę ten czas na oba kraje, na przykład kierując się porami roku.

Dziękuję za rozmowę

Prestiż  
Grudzień 2024